Tworzę świat, w którym chcę żyć – rozmowa z Arkadiuszem Ostręgą

Pierwszy raz spotkałam się z Arkiem w Poznaniu podczas konwencji EU4YA by tiguar 2017. Śmiałam się wtedy, że choć nigdy w życiu nie widziałam go na oczy, to wiem już, co je na śniadanie i czego słucha w samochodzie, gdy odwozi swojego syna – Kubę – do przedszkola. Wiedziałam już też, że jest tym, który "chce przydać się światu".

Arkadiusz Ostręga, ambasador marki tiguar, wielokrotny triumfator krajowych oraz międzynarodowych turniejów w karate shinkyokushin, w tym dwukrotny zdobywca tytułu Mistrza Polski, przedsiębiorca, trener i konsultant w CREATOR 365 Academy, opowiedział nam o tym, z czym walczy, aby kreować świat, w którym chce żyć.

 

Weronika: Pamiętam, jak w zeszłym roku przygotowując materiały do nowej kampanii tiguar, pierwszy raz przeczytałam Twoje zgłoszenie. Pomyślałam wtedy: „ten facet nie spocznie, póki nie osiągnie tego, co sobie założył”. I zdaje się, że wszystko, co wydarzyło się w Twoim życiu od tamtej pory świadczy o tym, że się nie pomyliłam. Mieszkasz w Tarnowie i Warszawie, ciągle Cię widać w różnych miastach Polski, jesteś prezesem zarządu w rodzinnej spółce, tworzysz z różnymi znanymi firmami innowacyjne projekty, w które mocno się angażujesz – zawsze tyle się u Ciebie dzieje?

Arek: Jestem gotowy na zmiany. Właściwie to jeszcze zbyt mało powiedziane – ja pożądam zmian! Codziennie robię wszystko, co w mojej mocy, by jutro być w innym miejscu, niż jestem dzisiaj. Niektórzy ludzie boją się zmian. Ja natomiast boję się ich braku.

W.: Dobrze to widać na przykładzie Twojej sportowej kariery.

A.: Już dawno straciłem rachubę, ilu sportów próbowałem i czynnie uprawiałem. Było ich z pewnością ponad 20 – w tym siatkówka, koszykówka, piłka nożna, lekkoatletyka, taniec towarzyski, boks, gimnastyka, kulturystyka oraz bardzo długo, właściwie do dziś - trening funkcjonalny. Jednak moja otwartość na praktycznie każdą dyscyplinę nie przeszkadza mi mieć tej jedynej, sportowej miłości. Od 24 lat pasją mojego życia jest karate kyokushin. Wychodziłem na matę ponad 100 razy i niemal wszystkie walki wygrałem, z czego większość z nich zakończyła się przed czasem, czyli poprzez ippon – to termin, który w japońskich sztukach walki oznacza nokaut. Karate to sztuka, dzięki której nauczyłem się walczyć nie tylko jako zawodnik, ale również w kontekście pokonywania coraz większych, osobistych "demonów".

W.: Chyba drzemie w Tobie dusza wojownika?

A.: Nieustraszonego wojownika.

W.: Z kim walczysz? A może raczej – z czym?

A.: Ze słabościami. W pierwszej kolejności ze swoimi własnymi, a zaraz potem ze słabościami moich podopiecznych oraz osób, które gdzieś tam obserwują to, co robię. Lubię liderować, dowodzić zespołem, wygrywać. Ale żeby wygrać, najpierw trzeba stanąć do walki. To, że już od jakiegoś czasu nie uprawiam karate turniejowo, nie znaczy, że nie mam przeciwników, z którymi mógłbym ją stoczyć. Ja codziennie staję na macie lub, jak kto woli - podejmuję rękawicę - chcąc znokautować moich największych wrogów, którzy chowają się w mojej głowie.

W.: Czyli najpierw definiujesz swoje słabości, a potem…?

A.: A potem rozpoczynam walkę wręcz. Robię to, czego nie znoszę lub na co nie mam najmniejszej ochoty. Naprawdę! Codziennie przeznaczam 15-30 minut na „niewygodne” czynności po to, aby lepiej poznać siebie, odkrywać nieznane mi dotąd obszary i udowodnić samemu sobie, że nie ma rzeczy, która zdolna byłaby zatrzymać mnie w biegu. Czytam materiały, które mnie nie interesują, biorę lodowaty prysznic, choć tego nie lubię. Nie pracuję w biurze, więc mógłbym wstawać o 7:00, a nawet później. Wstaję jednak o 5:30, a latem o 5:00. Połączenie uczucia ulgi, radości, siły i odwagi, które przekłada się na zdolność do panowania nad samym sobą oraz poczucie sprawczości, to bezcenna nagroda, którą otrzymuję po zwycięskim starciu z moimi słabościami. I to flow, które sprawia, że mam ochotę podbijać świat – uwielbiam je! Czuję, że właśnie teraz jestem w życiowej formie psycho-fizyczej. Nie będzie łatwo powstrzymać mnie przed realizacją moich planów.

W.: Brzmi naprawdę groźnie :) Zdradzisz, co planujesz?

A.: Mogę zdradzić, choć pewnie zabrzmi to jak publiczna deklaracja. Uwielbiam zabierać się za rzeczy, które mocno mnie przerastają. Kiedy strach przed nieznanym wywołuje we mnie paraliż czekam aż ochłonę, a następnie zaczynam prawdziwą walkę. Małe straszki niestety mnie nie motywują. Dlatego chcę pokonać dystans pełnego Ironmana, zdobyć Mistrzostwo Świata lub zająć pierwsze miejsce w światowym turnieju karate, nauczyć się pięciu języków obcych (na potrzeby moich projektów w branży treningowo-szkoleniowej). To tylko część z długiej listy celów, na której szczycie niezmiennie znajduje się pomoc innym w walce z ich osobistymi wrogami. Chcę inspirować, pokazać, że niemożliwe nie istnieje. Jestem wniebowzięty, kiedy ludzie z mojego najbliższego otoczenia rosną w siłę
i zmieniają swoje życie na lepsze. To mnie napędza do potęgi n! Jestem ogromnie wdzięczny za wszystko, co otrzymałem, kocham ludzi i życie. Najważniejsza jest dla mnie rodzina: żona, syn i moje siostry - przeszliśmy wspólnie bardzo długą i krętą drogę, która umocniła nasze więzi. Teraz przyszedł czas, abym oddał światu to, co sam otrzymałem przez te wszystkie lata.

W.: A Twoi podopieczni? Czy oni też mają w sobie tyle determinacji do działania?

 

A.: Często muszę pomóc im w jej odnalezieniu. Ich wrogowie to przede wszystkim kompleksy, lenistwo, niedbalstwo, niesystematyczność. Brak organizacji czasu, ambicji, celów życiowych. Stagnacja, niska samoocena, brak wiary w swoje możliwości. I choć dla niektórych to wszystko może brzmieć jak wyrok, to ja dobrze wiem, że po prostu są w błędzie. Taka osoba jak ja – która z boku potrafi spojrzeć na nasze problemy i znaleźć dla nich rozwiązanie – może sprawić, że wszystko odwraca się o 180 stopni.

W.: Zatem jesteś tym, który przynosi dobrą wiadomość – ze słabościami da się wygrać.

A.: Najpierw przynoszę dobrą wiadomość, a potem słowa wprowadzam w czyn. To nie jest tak, że moje życie jest pasmem sukcesów. Wręcz przeciwnie – myślę, że w ogólnym rozrachunku to tych sukcesów jest mniej niż porażek. Sam musiałem przejść długą drogę, by znaleźć się w miejscu, w którym jestem, dlatego teraz wiem, co i jak należy zrobić, by osiągnąć swój cel. Jestem przede wszystkim praktykiem, uwielbiam eksplorować. Przepracowałem na sobie i innych setki problemów związanych z ciałem oraz psyche i choć wydaje mi się, że nigdy nie zaznam spełnienia, to dziś mogę podzielić się z innymi swoimi doświadczeniami. Może właśnie ci, którzy przeszli krótszą ode mnie drogę do zdrowia lub szczęścia potrzebują tej wiedzy. Co ciekawe, zauważyłem, że szczególnym zainteresowaniem cieszy się mój fitness fight mentoring dla kobiet, które dzięki pracy nad swoją mentalnością i optymalnemu wysiłkowi fizycznemu odkrywają w sobie duszę wojownika i stopniowo zaczynają to uzewnętrzniać. Uwielbiam patrzeć, jak z delikatnych kobiet ze sporą listą kompleksów wyłania się prawdziwa siła i nieposkromiona energia do walki o pewność siebie, wyższą samoocenę, lepszy wygląd, samopoczucie, sprawność i energia do tego, by stać się kobietą ze swoich marzeń.

W.: To chyba ta sama energia, którą Ty masz w sobie. Energia, która rodzi się z apetytu na życie i wiary we własne możliwości.

A.: "Jeśli sam w siebie nie uwierzysz, nikt inny w Ciebie nie uwierzy!" - napisałem te słowa w 1997 roku na ścianie sali, do której przychodziłem dwa razy dziennie, by ćwiczyć i czytać ten tekst. Obok niego dopisałem: Arkadiusz Ostrega - Mistrz Polski 1997r. Niestety, w tamtym roku byłem trzeci. Ale nie poddałem się i za rok oraz dwa – zdobyłem Mistrzostwo Polski. Warto było to zrobić. Warto było uwierzyć i zostać kimś, kim chce się zostać. I choć wiele w życiu osiągnąłem, nigdy się nie zatrzymam, to nie ja. Weronika, ja się dopiero rozkręcam! Już wkrótce startuje AKADEMIA CREATOR 365 – mam nadzieję, że osoby, które do niej dołączą, uwierzą w siebie tak samo, jak ja kiedyś uwierzyłem i nigdy, ale to nigdy nie przestanę wierzyć.