Motywuje mnie i sukces, i porażka – wywiad z Katarzyną Citko

  • Dział: Wywiady
Katarzyna Citko Archiwum Katarzyny Citko Katarzyna Citko

"Jeżeli o siebie sam nie zawalczysz, to nikt nie zrobi tego za ciebie" – powtarza Katarzyna Citko, instruktorka Indoor Cycling licencji A ICG z Białegostoku i wielokrotna medalistka zawodów MTB. Postanowiliśmy sprawdzić, jaka historia stoi za tymi słowami i na czym polega „niezły układ” z jej podopiecznymi.

ekspertfitness.com: Jak dawno połknęłaś rowerowego bakcyla?

Kasia Citko: Bakcyla rowerowego połknęłam już w szkole podstawowej. Nieżyjący już, niestety, trener Edmund Dudziński zaszczepił we mnie fascynację rowerem i zdrową rywalizację. Pan Edmund organizował "Soboty Kolarskie", w których brałam czynny udział. Powoli znosiłam do domu puchary, z czego akurat moja mama nie była zadowolona ze względu na ilość miejsca, którą zajmowały. Niestety, po kontuzji moja przygoda z kolarstwem skończyła się i nic już nie zapowiadało, że kiedyś jeszcze do tego wrócę. Jednak niespodziewanie we wrześniu 2010 roku rozpoczęła się moja droga z Indoor Cyclingiem. Moja przyjaciółka namawiała mnie na zajęcia już od dłuższego czasu, ale ja z uporem maniaka twierdziłam, że na rowerze jeździ się na zewnątrz, a nie w siłowni! Zmieniłam zdanie po pierwszych zajęciach Indoor Cycling w Klubie Magic Gym. Tam również zaczęła się moja przygoda z rowerami stacjonarnymi.
Jako instruktorka, która nie miała pojęcia o wyścigach kolarskich, zostałam namówiona do startu przez jednego z moich klientów. Raz wystartowałam i z powrotem wpadłam w to po uszy.

ef: I to z przytupem! Powiedz, które z Twoich osiągnięć są, według Ciebie, najbardziej znaczące z perspektywy czasu?

K.C.: Pierwszym większym osiągnięciem, którym mogę się pochwalić, był debiutancki sezon moich startów w Maratonach Kresowych MTB w 2014 roku. Stanęłam na starcie pierwszego wyścigu w Wasilkowie jako zupełnie nieznana osoba na dystansie półmaratonu, a skończyłam jako rozpoznawalna zawodniczka z Grupy Szalonych Rowerzystów, wygrywając klasyfikację generalną kobiet w sezonie 2014. Później powtórzyłam to jeszcze w 2016 roku.
Drugie, znaczące osiągnięcie z roku 2014 to wygrana w kategorii Open Kobiet w międzynarodowym wyścigu w Sopoćkiniach na Białorusi. Na 329 osób startujących przyjechałam dziewiętnasta w klasyfikacji generalnej z mężczyznami. Był to jeden z moich lepszych startów na dystansie półmaraton.
Trzecie większe osiągnięcie miało miejsce w 2016: to wygrana w klasyfikacji Open Kobiet w międzynarodowym wyścigu w Nemenczynie koło Wilna na Litwie. Mocno obstawiona stawka zawodniczek.

ef: Wspominałaś wcześniej o Indoor Cyclingu. Wygląda na to, że to „jeżdżenie wewnątrz" zaczęło odgrywać dość ważną rolę w Twoim przygotowaniu?

K.C.: Indoor Cycling jest dobrym narzędziem do przygotowania się do sezonu startowego. Od dwóch lat prowadzę zajęcia przygotowawcze do sezonu kolarskiego dla moich koleżanek i kolegów z Maratonów Kresowych. Tym samym podwyższam sobie poprzeczkę i rywalizacja na trasach jest ciekawsza. Każde zajęcia to interakcja z klientami, co bardzo lubię. Projektuję każdą lekcję pod konkretny cel, który chcę uzyskać. Indoor Cycling jest dobrym treningiem zarówno dla mnie, jak i dla klienta. Oprócz zajęć przygotowawczych do sezonu, prowadzę również zajęcia dla klientów, którzy przychodzą do klubu, żeby się zwyczajnie dobrze bawić i zapomnieć o codziennych problemach. Lubię patrzeć na klientów, którzy są z siebie zadowoleni po przejechanych zajęciach.

ef: Mimo wszystko jednak specyfika zajęć IC różni się znacznie od treningu na szosie i MTB, co zdaje się powstrzymywać nieprzekonanych „tradycjonalistów" przed udziałem w tego typu zajęciach. Mają rację? Nie da się pogodzić tych twóch konwencji jazdy na rowerze?

K.C.: To tradycjonaliści jeszcze istnieją? Z roku na rok coraz więcej osób przesiada się na rowery stacjonarne w siłowniach. W klubach zajęcia nie są monotonne, muzyka motywuje klienta do jazdy i wykwalifikowany instruktor przygotowuje zajęcia pod określony cel.

ef.: Co jeszcze odgrywa dużą rolę w cyklu przygotowawczym do sezonów?

K.C.: Najważniejszy jest plan, który trzeba stworzyć, a później zrealizować. Na zajęciach Indoor Cycling jesteśmy w stanie ten plan wykonać. Zarówno klubowicz, jak i instruktor nie muszą się martwić pogodą lub porą dnia – a w okresie zimowym szybciej robi się przecież ciemno. Bardzo ważne jest także to, żeby się nie przetrenować i w nowy sezon wejść z lepszą kondycją.

ef.: Wygląda na to, że Twój grafik pęka w szwach. To jak wygląda Twój przeciętny dzień?

K.C.: Każdy jest zaplanowany od A do Z, nie lubię zmieniać swoich planów. Tak, jak przeciętny Kowalski w Polsce, wstaję rano do pracy. Pracuję w korporacji, gdzie jestem szefem produkcji. Mam bardzo odpowiedzialną pracę; branża, w której pracuję, nie należy do bezpiecznych. A po pracy mam czas dla rodziny i mojego hobby - czyli rowerów.

ef.: Skoro rowery to hobby, to co tak naprawdę napędza Cię do przekraczania kolejnych granic? A może inaczej: czy to sukces motywuje Cię do startów, czy jest raczej ich „skutkiem ubocznym"...?

K.C.: Motywuje mnie zarówno sukces, jak i porażka. Wygrywam – chcę więcej. Przegrywam – pracuję nad poprawą. Ciężko haruję na swoje osiągnięcia i wymaga to ode mnie licznych poświęceń, jednakże zarówno moi bliscy, jak i klienci wiedzą, że rower pod każdą postacią to coś, co... płynie w moich żyłach, jakkolwiek to nie brzmi.

ef.: Czy Twoi podopieczni z zajęć, których jesteś instruktorem, kibicują Ci w Twojej sportowej karierze?

K.C.: Oczywiście, że kibicują. Na zajęciach jest tak fajna energia, że wielu klientów również wystartowało w maratonie i - podobnie jak ja - pokochali ten sport. Dzięki temu są w stanie przełożyć swoją pracę na siłowni na praktyczne ściganie, co bardzo motywuje ich do dalszego rozwoju.

ef.: Wspominałaś na początku naszej rozmowy, że po kontuzji w pewnym sensie to Indoor Cycling „postawił Cię na nogi". Czy Tobie również udało się zmobilizować do sięgnięcia po swoje marzenia któregoś z Twoich klientów?

K.C.: Mam to szczęście, że razem ze swoimi klientami tworzymy całkiem fajną rodzinę. Wspieramy się i motywujemy, czy to w osiąganiu celów sportowych, czy tak prozaicznych, jak walka z własnymi ograniczeniami i kilogramami. Dlatego lubię myśleć, że w tym kontekście owszem, pomagam spełniać im swoje marzenia. Nie zapominam jednak też o tym, że praca z nimi jest jednocześnie... spełnianiem moich. Wydaje mi się, że to całkiem niezły układ!

ef.: Gdzie w takim razie widzisz się za dziesięć lat?

K.C.: Kocham to, co robię i to jest dla mnie wyznacznikiem tego, że wcale nie chcę przestawać działać w tym obrębie. Szczytem marzeń jest założenie własnej szkółki kolarskiej i dzielenie się tym, co mam najlepsze – swoją pasją. A co będzie? Mam nadzieję, że za dziesięć lat będę opowiadała Ci o tym wszystkim, co uda mi się w międzyczasie osiągnąć!

ef.: Czego bardzo Ci życzę. Dziękuję za rozmowę!